Zaklęci przez konie
Jedna, druga, trzecia kawa, ciągłe spojrzenia na zegarek, pikanie komórki. Tak wygląda dzień większości z nas. Znów spojrzenie na zegarek 15-ta. Uff! Na kilka godzin wszystko idzie w zapomnienie. Jeszcze obiad i jedziemy do Koni. Już po drodze staramy się wyobrazić co będziemy robić.
Przyjechaliśmy. Dostajemy swoje przydziały. Najbardziej lubię, gdy przyprowadzamy je z wybiegu. W lecie pachną słońcem i wiatrem.
Codzienna gonitwa zostaje gdzieś daleko. W innym świecie. Wielki zwierzak stoi spokojnie. Pozwala się czyścić, podnosi nogi, choć ma tyle siły, że jednym kopnięciem może odrzucić krzątającą się koło niego istotę na kilka metrów. Ten spokój udziela się nam. W spojrzeniu konia jest łagodność i siła. Siła, którą czerpie żyjąc w harmonii z przyrodą. Chyba po to Konie są. Aby przypominać nam o życiu w zgodnie z naturą.
Doświadczyliście czegoś takiego? A czy wydawało się Wam, że koń coś chce powiedzieć tylko nie może? Nie chodzi mi o pełne znużenia „Złaź ze mnie grubasie”, ale chęć przekazania jakiś emocji.
O tych co na górze
Wraz z upływem czasu spędzanego na końskim grzbiecie, krystalizują się dwa typy hobbistów: miłośnicy jazdy (najważniejsza jest jazda), miłośnicy koni (mogą nie jeździć, ale istotny jest kontakt z zwierzakiem, czyszczenie, pielęgnacja itp.).
Oczywiście istnieją również „mieszanki”.
Są ludzie, którzy lubią jeździć, robią to dobrze, ale twierdzą, że konie śmierdzą. Obsługę pojazdu zlecają pracownikom stajni.
My uważamy, że konie pachną. Nie katujemy bliźnich chodzeniem do szkoły czy pracy w ubrankach po jeździe, ale zapach konia sprawia nam autentyczną przyjemność.
Zaklinanie koni
Kiedyś byliśmy tydzień u znajomego na wsi. Pan ma ponad 70 lat. Mieszka z 5 końmi i dwoma psami. W zamian za noclegi robiliśmy wszystko przy koniach. Wychowywałem się w mieście i zwierząt bałem się. Ponieważ miałem kontakt ze zwierzakami przez cały dzień, mogłem je obserwować. Później wyczytałem, że konia nie wolno traktować jak człowieka. Trzeba być dla niego „przewodnikiem stada”. Czasami - niestety - skarcić.
Druga mądrość. Koń w stanie zagrożenia nie myśli. Przez wieki wytworzył się w nim odruch - coś mnie niepokoi - uciekam. Może to być rowerzysta, który wyłoni się na zakręcie drogi, dźwięk silnika ciągnika, folia leżąca w lesie bez ruchu, która koń ujrzy kątem oka. Nie robią tego złośliwie. Tak jak człowiek “spina” się, gdy czuje się niepewnie, tak koń ucieka. Czasami bez jeźdźca.
Warto obserwować uszy konia. Gdy kładzie je “po sobie” jest zły, zaniepokojony. Pomaga poklepanie, powiedzenie czegoś spokojnym głosem. Uszy wracają do pionu, a my możemy sobie pogratulować. Udało się uniknąć kolejnej “gleby”.
Dla kogo ten luksus?
Własny koń to kosztowna przyjemność. Zakup (rekreacyjny 4…6 tys zł, sportowy 15…20 tys zł, wyczynowy….). Do tego dochodzi utrzymanie i koszty opieki weterynaryjnej (odrobaczanie, podkuwanie i ew. urazy). To minusy.
A plusy? Nie ma wtedy zmarnowanych 15 minut jazdy na przyzwyczajanie się do konia. Każdy koń jest inny. Gdy jeździec i koń się znają łatwiej się dopasować.
Można również korzystać z koni właścicieli stajni. Stali klienci maja przywilej — każde z nas jeździ na koniach, podobnych do siebie. Żona lubi konie delikatne, ja lubię ciężkie i szerokie, syn uwielbia koniki polskie. Takie rozwiązanie jest nieco mniej komfortowe, ale tańsze. Godzina jazdy kosztuje poniżej 30 złotych. Taką sumę już łatwiej odłożyć niż kilka tysięcy.
Bariera wiekowa
Hm… właściwie nie istnieje. Jeździmy rodzinnie. Rodzice przed 40-tką i syn w wieku 12 lat. Na co dzień zdarzają się różnice zdań, ale wszystko niknie, łagodnieje, gdy mowa jest o koniach. Tygodniowy rozkład zajęć jest podporządkowany temu, aby dwa razy w tygodniu być w stajni. I nie ma problemów, z lekcjami, obowiązkami w pracy. Okazuje się, że wszystko udaje się zorganizować.
Wspólne wakacje
Na rajd wybraliśmy się w Bieszczady - wieś Przysłup, pomiędzy Cisną i Wetliną. Przez trzy dni jeździliśmy po okolicy i wracaliśmy do Przysłupia.
26.VI wyruszylismy w świat. Pojechaliśmy do Małej Rawki (nocleg). Potem do Jaworca (nocleg) i wróciliśmy do Przysłupia. 29.VI był dzień dobroci dla koni. Padał deszcz i zwierzaki miały wolne. 30.VI pożegnalny galop, a 1.VII już do pracy.
Było rewelacyjnie. Każdy miał swojego konia. Opiekowaliśmy się nimi. Po trzech dniach sprzątania, karmienia, pojenia, szczotkowania konie zaakceptowały nas i zaczęły się łasić. Usiłowały na swój sposób okazywać radość i lizać nas Parę razy im się to udało - a niech się cieszą.
Tygodniowe jazdy były bez obrażeń. Zarówno po stronie jeźdźców jak i koni. Prowadził nas Krzyś. Właściciel oberży Biesisko. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Miłośnik książek podróżniczych. Z wykształcenia nawigator okrętów. Pracował w Austrii, Kanadzie. Chciał kupić jacht i wozić nim ludzi po świecie. Ale poznał Martę. Malarkę i konserwatora sztuki. Kupili sklep GS-u, wyremontowali i starają się ożywiać Bieszczady swoimi pomysłami. Wraz z innymi złoczyńcami organizują napady na kolejkę na tracie Cisna - Wetlina. Szczególnie cieszy się to powodzeniem u firm.
Wyjazdy na 2… 3 godziny obfitują w zmiany prędkości. Rajd to 90% stępa. Czasami pod gorę konie same przechodzą do galopu.
Nie było problemów z tym, że każdy członek rodziny chce w wakacje robić coś innego. Zajmujemy się zwierzakami, obserwujemy krajobraz z końskiego grzbietu. Po kilku godzinach na powietrzu jest ochota tylko na kolację, prysznic i sen.
Wakacje w siodle zrobiły swoje. Zaraz po powrocie z gór mieliśmy jazdę. Do tej pory na hasło volta w galopie reagowałem gęsią skórką na plecach. Teraz były volty z uśmiechem na twarzy.
Jeszcze nie tak dawno złościł mnie oddech Etyki, który czułem na plecach. Oczyma wyobraźni widziałem jakieś karambole, kłębowisko ludzkich i końskich ciał. A teraz - a niech sobie jeździ za mną.
Styl życia
Pierwszy zaczął jeździć syn. Pięć lat temu był na wczasach w uroczych Jaworkach, gdzie uczono „miastowych” jeździć na koniu. Pojechał na 15 minutowy spacer, na koniu prowadzonym za uzdę przez instruktorkę. Tak mu się spodobało, że kilka dni chciał powtórzyć atrakcję. A potem już chodził na lekcje każdego dnia.
Kilka lat później zawiozłem syna na lekcję. Okazało się, że jeden z jeźdźców się nie zjawił. Był wolny koń. Właściciel zarządził „Syn będzie jeździł, a tata nie? Wsiadaj!”. I znalazłem się dwa metry nad ziemią, na czymś co ciągle się gibało na boki, a ja zupełnie nie wiedziałem jak tym kierować. Teraz wiem, że ogier najzwyczajniej nie przejmował się mną i skubał sobie trawę. „Gibanie” było spowodowane wyciąganiem szyi do kolejnych kępek. Po kwadransie zsadzili mnie z konia. Ale spodobało mi się. Było tak strasznie i nic mi się nie stało. Potem chciałem spróbować jeszcze raz.
W taki sposób człowiek staje się stracony dla świata. Myśli tylko o jednym – jak odłożyć na jazdę i znaleźć na nią czas.
Ma to i swoje plusy. Nastolatków koniowanie równie mocno absorbuje. Raczej nie mają wtedy czasu i chęci na próbowanie alkoholu, narkotyków. Gdy na obozie od rana do wieczora zajmują się końmi, ćwiczą jazdę to również starcza im atrakcji i wieczorem z łóżek dobiega głośne chrapanie.
A dorośli? Owszem są stajnie, gdzie przez cały dzień popijane jest piwko, upadek z konia jest powodem do spadowego. Przed wyborem stajni, organizatorów wakacji warto zapoznać się z opinią innych jeźdźców. W końcu tym osobom powierza się swoje zdrowie, a być może i życie.
Dla nas nauka jazdy konnej była motywacją do zrzucenia kilkunastu kilogramów. Brzusio, który nie zawadzał w pracy, okazał się balastem podczas wdrapywania na konia, skoków.
Żona miała dwa poważne upadki. Po pierwszym bała się wsiąść na konia przez kilka miesięcy. Oswajała się znów z rumakiem podczas jazdy na lonży. Po drugim spędziła tydzień w szpitalu. W drugim dniu pobytu zażyczyła sobie, aby jej przywieźć “Konia Polskiego”.
Ja też miałem poważny wypadek. Gdy byłem cały obolały zastanawiałem się – a po co mi te konie, czy ja nie mogę chodzić spokojnie po ziemi? Dwa tygodnie po tym jak mnie zdjęli z drzewa jeździłem do stajni, żeby popatrzeć na konie.
Nie pisałem tego, żeby Was straszyć. Koń to bardzo silne zwierze. A koniowanie czasami ma drugą, ciemniejszą stronę.
Alkohol? Widzenie świata po jednym głębszym nie jest w naszym stylu. Wrażeń podczas jazdy jest tak wiele, że szkoda marnować te cudowne chwile zaburzaniem doznań.
Osoby nieprzygotowane łatwiej spotykają nieszczęścia. Staramy się codziennie znaleźć czas na pół godziny jady na rowerze (przed TV, ha! ha! ale opór ustawiony na max), naciągania i wyciągania. Niby to nie wiele, ale dzięki systematycznie wykonywanym ćwiczeniom, gdy kilka razy koń przed przeszkodą zmienił zdanie na temat skonu zawiśliśmy nad szyją konia, ale wróciliśmy na siodło.
Hippika to nie tylko wyczyn. To, że mamy prawo jazdy nie oznacza, że musimy startować w zawodach, ścigać się na jezdni. Tak samo z końmi. Nauka jazdy na parkurze to takie końskie prawo jazdy. Umiemy manewrować, zatrzymać się. Ale to wcale nie oznacza, że mamy zamiar z kimś się porównywać być gdzieś zaszufladkowanym. Robimy to tylko dla przyjemności.
To chyba najwyższa pora, aby podziękować instruktorom z Jaworek, Aleksandowa i Przysłupia za bezpieczne odkrycie przed nami tego cudownego świata.
Ten tekst powstał 23 sierpnia 2002 roku za namową Pani Anny Doboszyńskiej.
Witold Wrotek




